Bohaterem kolejnego wykładu dra Tomasza Kisiela z Uniwersytetu Rzeszowskiego z cyklu poświęconego współczesnym artystom był amerykański malarz Mark Rothko.

W Polsce jest on stosunkowo mało znany. Choć i to się zmienia, gdyż wystawa z 2013 roku w Warszawie w Muzeum Narodowym zgromadziła tłumy. Było na niej jedynie 17 obrazów, ale by przybliżyć sylwetkę artysty uzupełniono ją innymi rzeczami. Na wystawie umieszczono biblioteczkę z książkami, które czytał, okładki płyt z muzyką, której słuchał podczas malowania – publiczność mogła jej posłuchać z głośnika, były zdjęcia i młodzieńcze wiersze artysty. Miał gust klasyczny. Nie słuchał Caga czy Feldmana, tylko Mozarta, Schuberta i Beethowena, czytał Nietzchego, Kirkegaarda, Freuda, Junga, więc jego zainteresowania krążyły wokół kultury europejskiej.
Wystawa pokazała dobitnie, że Rothko to artysta wybitny.
Kim był Mark Rothko i czy jego obrazy rzeczywiście są warte kilkadziesiąt milionów dolarów? W Polsce takie wyceny zaskakują. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że jego nazwisko na świecie to znak firmowy niemal tak mocny, jak Coca-Cola. W 2012 roku jego znany obraz „Orange, Red, Yellow” uzyskał cenę 77,5 mln dolarów i stał się najdroższą pracą powstałą po II wojnie światowej sprzedaną na aukcji.
Mark Rothko (Marcus Rothkowitz) (ur. 1903 w Dyneburgu, zm. 1970 w Nowym Jorku) – malarz amerykański, przedstawiciel color field painting (malarstwo barwnych płaszczyzn).
Syn ukraińskich emigrantów żydowskiego pochodzenia, do Nowego Jorku przybył w 1913 r. jako 10-latek. Osierocony przez ojca rok później, musiał podjąć pracę, by zarobić na utrzymanie swoje i rodziny. Wyjątkowy talent pomógł mu zdobyć edukację, której zwieńczeniem było stypendium na Uniwersytecie Yale. Trwało tylko rok, więc Rothko nigdy nie uzyskał pełnego uniwersyteckiego stopnia. Lekcje rysunku podjął już jako dorosły mężczyzna, w 1923 r. Niedługo potem podjął pracę nauczyciela plastyki w Brooklyn Jewish Center. Na nisko opłacanej posadzie przepracował 24 lata.
Początki twórczości Rothki przypadają na późne lata 20. W latach 30. i na początku 40. eksperymentuje z surrealizmem, by w drugiej połowie lat 40. na zawsze porzucić figuratywność. Malarstwo abstrakcyjne miało już wtedy swoje ustalone miejsce na mapie historii sztuki. Rothko został jego pionierem. Po raz pierwszy zdobył uznanie na wystawie w 1945 r. Od tego momentu wprawdzie tempo jego życia przyspiesza, ale jednocześnie on, który zawsze aspirował do kultury wysokiej, w sytuacji wiecznej konkurencji i powiększającej się popularyzacji pop-artu, czuje się niekomfortowo. Sukces komercyjny, do którego też ma stosunek ambiwalentny, jest niewspółmierny do ogarniającej go frustracji, tym bardziej, że krytyka wyraża się o nim przychylnie, acz zdawkowo. Jego prace pokazywane w Euopie na Biennale w Wenecji czy na Documenta w Kassel pozostają niezauważone.
Dopiero lata 50. przyniosły Rothce prawdziwy rozgłos i zainteresowanie nabywców. Mimo sukcesu finansowego malarz czuł się niezrozumiany jako artysta. Zarzucał swoim klientom, że kierują się modą.
W 1970 r. Mark Rothko, schorowany i pogrążony w depresji, popełnił samobójstwo w swojej nowojorskiej pracowni.
Choć sam malarz nie utożsamiał się z etykietami nadawanymi mu przez środowisko, konsekwentnie posługiwał się w swoim malarstwie wielkimi obszarami koloru, postrzeganymi przez siebie jako najdoskonalsza forma ekspresji i wpływania na widza. Technikę malarską dopracowywał przez wiele lat, wykształcając własny, unikalny styl. Zabiegał, by jego obrazy były oglądane z bliskiej odległości i we właściwym dla każdego z nich oświetleniu. Dbał, by być zrozumianym jako artysta, dzięki czemu łatwiej trafiał do szerokiego odbiorcy. Nowojorski malarz był jednym z ostatnich w tamtym okresie twórców, który tworzył malarstwo wizualne. Liczyła się dla niego materia malarska, a nie tylko intelektualna gra z widzem, którą przyniósł pop-art.
Choć jeszcze za życia został uznany przez środowisko artystyczne, to dopiero po jego śmierci obrazy zaczęły być chętnie kupowane. Zainteresowanie nabywców było tym większe, że malarstwo Rothki miało duży walor dekoracyjny - żywe kolory i formaty dzieł szczególnie przypadły do gustu milionerom urządzającym nowoczesne posiadłości.
Kurator warszawskiej wystawy Marek Bartelik charakteryzując twórczość Marka Rothki zwracał uwagę na jego odmienność: „Każda szufladka, w której chciano go zamknąć, była po prostu za ciasna. Dystansował się, ilekroć usiłowano narzucić werbalną interpretację jego twórczości. Sam też nie lubił mówić o swoich obrazach. Nie chciał być ani zdefiniowanym kolorystą, ani transcendentalistą, ani abstrakcjonistą. Przed wojną sporo pisał o sztuce, ale pod koniec lat 40-tych zamilkł. Malarstwo powinno wychodzić poza ramy, bo obraz to więcej niż obraz. Przykładał więc ogromną wagę do aranżacji swoich wystaw. Ważne było oświetlenie, zalecał percepcję w określonym dystansie, który pozwoliłby widzowi psychicznie „wejść w obraz”.
Mark Rothko chciał więc, żeby jego sztuka działała na wszystkie zmysły widza, a nie tylko na jego dobry smak. Jego twórczość nie jest intelektualną zabawą z odbiorcą, nie ma zaskakiwać, kwestionować, szokować. On chciał, żeby jego sztuka, stworzona z całą świadomością warsztatu, podobała się, żeby wyzwalała emocje. Chciał, żeby odbiorca uwierzył w sztukę, jako w coś niezwykłego. Dlatego w sali, gdzie pokazano jego malarstwo ustawione były ławki dla publiczności, pozwalające na maksymalne skupienie, autentyczną kontemplację, a więc osobistą interakcję z dziełem.
Wykład odbył się w Galerii Sztuki Miejskiego Ośrodka Kultury.

fot. Andrzej Janiec

Galeria zdjęć